rys.
Wilhelm Sasnal |
| Ostatnio
słucham: 1. Do jeżdzenia na rowerze (tu są dwie grupy, bo mam dwa rowery - starego holendra, ciężki wielki i powolny oraz japońską kolarkę - prawdziwa rakieta, po prostu nie da się wolno na niej jeździć): a) Kolarka Bunky "Born to be a Motorcycle" - bardzo wesoła muzyka z dobrym przyspieszeniem na długie proste, trzymam ją w moim MP3 playerze chyba całe lato. Na ścieżce nr 3 "Funny Like The Moon" gdzie właśnie wchodzi "I was born to be a motorcycle" przyspieszam do 50 km/h. Metric - płyta "Old World Underground, Where Are You Now" i plik "09 - Dead Disco.mp3" chyba powinien się zetrzeć w wyniku odtwarzania go po 10 razy dziennie (podobno to cover??). Na nowo odkryłem Smashing Pumpkins i sobie słucham po kolei różnych płyt, albo układam składanki z niezapomnianych kawałków. Wśród innych rozproszonych utworów, które sobie układam na kolarkę często pojawiają się: Violent Femmes (ach, to "Add It Up"), Elvis Costello, Joy Division (dla szpanu jakieś dziwne rzężące wykopaliskowe wersje dobrze znanych utworów, co właściwie jest torturą), Blonde Redhead, Peaches. 19 wiosen "11 zim" - wreszcie po chyba 10 latach słuchania tego na starych kasetach są dwie płyty 19 wiosen (druga była dołączona do pisma Lampa i zawiera kawałki bardziej "ludowe", a "11 zim" jest raczej punkowa). Skoro już coś polskiego wymieniam, to się też przyznaję do częstego słuchania Pidżamy Porno, "Marchef w Butonierce" (nienawidzę tego tytułu!) te "Pryszcze" mnie ruszają za każdym razem. Też nowego Kazika słuchałem troche, ale się szybko znudził. Puszczam różne polskie hiphopy - układam sobie co pewien czas składanki rowerowe, bardzo często pojawia się Hemp Gru, Peja, Paresłów i dużo dużo staroci od 600V i WWO, Eldo, Grammatik, Molesta i też wrzucam sobie takie różne żenujące kawałki dresiarsko-hiphopolowe, nazw nie będę wymieniać, bo wstyd, ale czasami dobrze mi się przy tym rozpędza (może dlatego, że dużo tekstów o seksie? :)) b) Holender Sufjan Stevens - "Greetings From Michigan, The Great Lake State" (póki co inne płyty Stevensa ciężko mi wchodzą, aczkolwiek "A Sun Came" też zaczynam słuchać), Feist - "Let it Die" - po prostu się w niej zakochałem i przez miesiąc wciąż do tego wracałem, a kawałek "Lonely, Lonely" wygrał w letnim plebiscycie na idealny powrót na rowerze przez górny mokotów do domu. nie tak bardzo dużo, ale przyjemnie Kings Of Convenience "Riot On An Empty Street". Nina Nastasia - na zmianę płyty "Dogs" i "The Blackened Air", Jane Birkin, Madeleine Peyroux - bardzo lubie dziewczyny w muzyce. Lao Che - "Powstanie warszawskie" - już też trochę za dużo tego słuchałem, więc odchodzę. Ze spokojnych (chociaż może nie zawsze) polskich często wracałem do kilku kawałków krakowskiej grupy Helsinki, debiutant prawie, doskonałe długie "Kurdwanów". z archeologii The Cure - oczywiście "Boys don't cry" 2. Do siedzenia przed
komputerem próbuję włączać radio, ale to jest zazwyczaj straszne, więc
przestawiam się na: To tak wygląda mój prywatny krótki przegląd muzyczny, wydaje się, że sporo tego jest, ale faktycznie to nie jest za dobrze... bo to wszystko na górze już właściwie mam zasłuchane i muszę sobie radykalnie odświeżyć repertuar, a na horyzoncie pustki. (na marginesie byłem na koncercie Pustek tydzień temu w Pruderii i genialnie wymiatali) [18.09.2005] |
| :
: <<
poprzedni : : : : następny
>> : : |